Chor Wirap ze śniegiem i górą Ararat w lutym

Chor Wirap ze śniegiem i górą Ararat w lutym

Ryzyko przyjazdu w lutym

Każdy tekst podróżniczy o Chor Wirap wspomina o tym samym: widoku na górę Ararat. Klasztor stoi na wzgórzu wznoszącym się z równiny Ararat, bez niczego między nim a górą — żadnych budowli i żadnych przeszkód terenowych. W pogodny dzień Ararat wypełnia południowy horyzont w sposób, który uzasadnia każde zdjęcie, jakie widziałeś. W mgliste dni, a takie trafiają się może w jednej trzeciej letnich wizyt, widać bladą sylwetkę albo nic.

W lutym nie ma mgły. Północne wiatry schodzące z gór zimą przeorują niebo. Temperatura w dolinie Ararat w lutym wynosi zazwyczaj od -1 do 7°C — zimno, lecz nie ekstremalnie, a chłód przynosi rekompensatę: widoczność, jakiej lato nie dorównuje. Ararat zimą, widziany z Chor Wirap, jest górą w swojej największej wyrazistości i najgroźniejszym majestacie.

Wyjechałem w czwartkowy ranek, opuszczając Yerevan o 8:00. Droga na południe przez dolinę Ararat prowadzi przez tereny rolnicze — sady, winnice, małe wioski — które w lutym są uśpione, wszystko sprowadzone do nagiego drewna i brązowej ziemi. Dwa dni wcześniej padał śnieg i wciąż zalegał na wyżej położonych terenach, w tym na dolnych stokach Ararat widocznego daleko na południu. Sama równina była wolna od śniegu, lecz zimna.

Jazda trwa około 50 minut z centrum Yerevan — 35 kilometrów dobrą drogą, która za miastem się wyludnia. Przybyłem na parking klasztorny o 9:00, zastając trzy inne pojazdy. Jeden był busem wycieczkowym, którego pasażerowie szli już w stronę klasztoru. Dwa pozostałe należały do miejscowych, którzy najwyraźniej byli tu z powodów innych niż turystyka.

Co widać jako pierwsze

Klasztor jest widoczny z drogi podczas podejazdu — skupisko kamiennych budynków na niskim wzgórzu, z kopułą kościelną wznoszącą się ponad zewnętrzny mur i za nią Ararat w bieli. Zdjęcie, które robi każdy, jest oczywiste: klasztor na pierwszym planie, góra w tle, płaska równina między nimi. W lutowej śniegu, gdy równina Ararat jest lekko oszroniona, kompozycja staje się czymś bardziej szczególnym: zimowym krajobrazem środkowoazjatyckim, który mógłby być siedemnastowiecznym obrazem.

Szedłem ścieżką pod górę do bramy klasztoru. Ścieżka jest krótka i zadbana. Wiatr był zimny i wiał od strony góry, co wydawało się stosowne. W środku zewnętrznego muru dziedziniec był cichy — kamień łapiący poranne słońce, klasztorny kot (w klasztorach zawsze jest kot) obserwujący z progu.

Kościół Świętej Bogurodzicy pochodzi z XVII wieku, choć samo miejsce jest znacznie starsze. Jego wnętrze jest ciemne, oświetlane głównie lampami oliwnymi i świecami. Freski na ścianach są częściowo zniszczone i częściowo odnowione — niektóre sekcje w sowieckim stylu konserwacji, który przedkłada czytelność nad wiek, inne pozostawione w oryginalnym stanie częściowego zachowania. Wolę te drugie.

Dół Grzegorza

Nazwa “Chor Wirap” oznacza w języku armeńskim “głęboki dół” i dół ten jest centralnym faktem historycznym tego miejsca. Na początku IV wieku armeński król Tiridates III uwięził Grzegorza Oświeciciela — człowieka, który ostatecznie go nawróci na chrześcijaństwo i stanie się pierwszą głową armeńskiego Kościoła — w podziemnym dole w tym miejscu. Grzegorz przeżył trzynaście lat więzienia, zanim został uwolniony, nawrócił króla i przewodniczył chrystianizacji Armenii w 301 roku n.e.

Dół jest dostępny dla zwiedzających przez wąskie schody opadające około sześciu metrów pod ziemię. Na dole mieści się mała, niska komnata wykuta w skale — wilgotna, ciemna, zadziwiająco klaustrofobiczna. Na jednym końcu płonie lampka wotywna. Są świece. Proporcje przestrzeni natychmiast uświadamiają, że nie była zaprojektowana dla ludzkiego komfortu.

Zejście wymaga pochylenia się i następnie schodzenia prawie pionową drabiną etapami. Powrót wymaga tego samego w odwrotnej kolejności. Tego dnia kobieta przede mną w kolejce zeszła, spędziła na dole około czterdziestu pięciu sekund i wróciła z miną sugerującą decyzję, której nie powtórzy. Zostałem na kilka minut, co wystarczyło, by poczuć wymiary tego miejsca i zrozumieć w niewielkim, fizycznym sensie, co trzynaście lat tutaj oznaczałoby.

Komnata jest czczona jako miejsce pielgrzymek. Na dole znajdują się ikony, a przy wejściu leży zeszyt rejestrujący wizyty. Kilka grup Ormian traktowało zejście z wyraźnym nabożeństwem — żegnali się przed wejściem, spędzali czas w cichej modlitwie na dole, żegnali się ponownie wychodząc. Ustąpiłem, by oddać przestrzeń odwiedzającym w celach dewocyjnych.

Widok zimą

Po wyjściu z podziemnej komnaty wszedłem na szczyt muru klasztornego, by spojrzeć na Ararat. Góra z tego kąta jest ogromna. Zajmuje wielką część południowego horyzontu — nie tylko stożek Wielkiego Ararat (5 137 m n.p.m.), ale cały masyw, łącznie z Małym Ararat (3 896 m n.p.m.) po jego prawej stronie. W letniej mgle góra może wyglądać niewyraźnie, jakby nie do końca istniała. W lutowej przejrzystości jest niepodważalnie, definitywnie obecna.

W Chor Wirap jest pewna geograficzna ironia, której żaden odwiedzający nie może zignorować: Ararat leży w Turcji. Armeńsko-turecka granica przebiega zaledwie 10 kilometrów na południe od klasztoru, a góra, która definiuje armeńską tożsamość narodową — symbol na herbie państwowym, wizerunek na etykiecie koniaku — leży w kraju, którego granica jest zamknięta dla Ormian od 1993 roku. Ararat można zobaczyć z Chor Wirap w doskonałej wyrazistości i nie można tam pojechać.

Nie chcę przy tym się zatrzymywać. To po prostu rzeczywistość tego miejsca i jest widoczna w krajobrazie: wieża obserwacyjna po tureckiej stronie granicy jest widoczna przez lornetkę ze ściany klasztoru. Góra jest tam — ogromna, piękna i niedostępna. Większość armeńskich odwiedzających, z którymi rozmawiałem tego ranka, patrzyła na nią z wyrazem, którego nie umiałem w pełni odczytać — nie żalem dokładnie, lecz czymś w tej rodzinie.

Góra w kontekście

Stojąc w Chor Wirap i patrząc na Ararat, łatwo rozumieć górę jako po prostu piękny element geograficzny. Lecz związek między Armenią a Ararat jest bardziej skomplikowany, a przebywanie w tym konkretnym miejscu natychmiast to unaocznia.

Ararat pojawia się na armeńskim herbie państwowym, otoczony barwami narodowymi. To symbol najsilniej kojarzony z krajem na arenie międzynarodowej — nawet ci, którzy wiedzą o Armenii niewiele, znają górę. Ale góra jest w Turcji. Armeńsko-turecka granica, zamknięta od 1993 roku, przebiega 10 kilometrów na południe od miejsca, w którym stoisz.

Traktat wyznaczający obecną granicę — Traktat karski z 1921 roku — został wynegocjowany między Związkiem Sowieckim a nową Turecką Republiką pod Mustafą Kemalem Atatürkiem, ponad głowami narodu armeńskiego. Armenia, właśnie wchłonięta w sowiecką orbitę, nie miała nic do powiedzenia w sprawie granicy. Góra została przyznana Turcji; a ściślej — uznana za leżącą na terytorium tureckim.

Osmańska historia poprzedzająca tę decyzję graniczną — ludobójstwo 1915 roku i zniszczenie armeńskich społeczności wschodniej Anatolii, obejmujących region Ararat — sprawia, że położenie góry jest przeżywane przez Ormian nie tylko jako geopolityczna rzeczywistość, ale jako rana. Najświętszy widzialny symbol tożsamości narodowej leży w kraju, który oficjalnie zaprzecza ludobójstwu i trzyma granicę zamkniętą.

Piszę o tym nie po to, by wizytę w Chor Wirap uczynić aktem politycznym — to miejsce kultowe z własną długą historią — ale dlatego, że widok domaga się kontekstu. Góra nie jest po prostu piękna. Jest piękna i skomplikowana, obciążona konkretną historią.

Połączenie z Noravank

Typowe połączenie na wycieczce jednodniowej to Chor Wirap i Noravank — na południe do klasztoru, następnie na wschód przez dolinę Ararat do wąwozowej krainy Vayots Dzor i do klasztoru nad czerwonymi klifami powyżej rzeki. Jazda między nimi zajmuje około godziny i piętnastu minut.

W lutym Noravank prezentuje inny charakter: czerwone klify z tufu są ciemniejsze w zimowym świetle, na górnych klifach może leżeć śnieg, a klasztor jest całkowicie pusty z wycieczek grupowych. Przybyłem do Noravank o 13:00, zastawiając go całkowicie opuszczonego, co ma podwójny efekt: pozwala doświadczyć architektury w ciszy i przypomina, że miejsce to istnieje od dziewięciu stuleci, nie zważając na to, czy przyjdziesz.

Połączenie obydwu w jeden zimowy dzień jest, jak sądzę, jedną z lepszych jednodniowych wycieczek dostępnych z Yerevan — nie pomimo zimna i posezonowej pustki, lecz częściowo właśnie z ich powodu. Lutowe światło w dolinie Ararat ma szczególną jakość: niskie, czyste, bardzo kierunkowe. Wszystko wygląda nieco poważniej niż latem.

Jeśli chodzi o pełną logistykę i co spodziewać się przy przyjeździe, przewodnik po Chor Wirap zawiera godziny otwarcia, dostęp do podziemnej komnaty i najlepsze podejście dla widoku na górę. Jedna praktyczna uwaga: wejście do klasztoru jest bezpłatne, ale datek jest stosowny i doceniany.